Naturalna opalenizna w parę chwil? To możliwe!

/
0 Comments
Nie wiem jak Wy, ale ja mam z kosmetykami samoopalającymi bardzo złe doświadczenia... Primo: nie radzę sobie z aplikacją - na ciele pozostają smugi, które długo nie chcą zniknąć i pozostaje ubierać się jak zakonnica albo świecić po oczach "łatami". Secundo: skóra po aplikacji... śmierdzi. Gdyby jeszcze był to zapach pieczonego kurczaczka - to bym jakoś przeżyła. Ale zazwyczaj jest to aromacik przypalanych włosów. Nie lubię.

Dlatego gdy przyszło mi testować samoopalacz (choć to, hmmm, dość umniejszające określenie) marki Vita Liberata, przyznam się bez bicia - podchodziłam do produktu jak pies do jeża. W końcu dostałam produkt do twarzy, a perspektywa "looku" rodem z Jersey Shore nieszczególnie mnie pociągała...

Jednak - powiedziałam A, musiałam też powiedzieć B. Tak też zaczęła się moja "przygoda" z tym produktem.






 Kosmetyki Vita Liberata pozbawione są zapachu, parabenów , alkoholu i są  szybkie oraz łatwe w użyciu. 80 % składników jest pochodzenia organicznego! Idealnie zanikające, bezzapachowe, bez smug i zacieków, z technologią Moisture Lock dającą 72 godzinne nawilżenie, co w produktach samoopalających jest ogromnym atutem. Marka posiada szeroki wybór preparatów zarówno jednodniowych zmywalnych, o trwałości 5-7 dni jak i utrzymujących się nawet  do 3 tygodni (pHenomenal 2-3 week Mousse), co czyni ten preparat jedynym  dostępnym na rynku światowym o tak długiej trwałości!





Kosmetyków marki Vita Liberata wcześniej nie znałam. Być może dlatego, że - jak pisałam we wstępie - miałam z samoopalaczami złe doświadczenia. Poza tym ceny Vita Liberata nie schodzą poniżej 100 zł i gdyby nie możliwość ich przetestowania, zapewne nigdy bym po nie nie sięgnęła.

Produkt zapakowany jest w butelkę typu airless, grafika jest delikatna i oszczędna - tak jak lubię. Buteleczka lekko mieni się w słońcu, niemalże jak skóra muśnięta słońcem.


Kosmetyk, który miałam przyjemność testować, służy do "opalania" twarzy, konsystencja jest dość rzadka, dwa wyciśnięcia starczają na posmarowanie nie tylko buzi, ale też całego dekoltu - wpływa to oczywiście na wydajność kosmetyku: jest naprawdę duża.

Nie jest to typowy samoopalacz, który nakładamy "na czuja" i czekamy na efekt obgryzając paznokcie. W przypadku serii Rich, produkt od razu nadaje skórze lekki, brązowy, bardzo naturalny odcień. Pozwala to też na idealne rozprowadzenie kosmetyku - widzimy, w którym miejscu go "brakuje": dzięki temu nasza kolor jest nałożony równomiernie.


Do kosmetyku dołączona została specjalna rękawica do aplikacji. Sprawdza się rewelacyjnie, choć - w moim odczuciu - odrobinę chłonie produkt. Gdyby nie fakt, że Rich Face jest drogą imprezą, nie miałabym nic przeciwko, jednak z uwagi na ten właśnie "mankament" jest mi go po prostu szkoda. Rękawica pozwala równomiernie i dokładnie rozsmarować krem, w środku jest wyściełana folią, dzięki czemu nie brudzimy rąk: proste, ale jakże wygodne rozwiązanie!


A teraz najważniejsze, czyli efekt: zachwycający! Powtórzę to raz jeszcze: opalenizna wygląda bardzo naturalnie, zdrowo. Produkt zmywa się równomiernie, nie pozostawia smug. Po aplikacji nie ma też charakterystycznego zapachu pt. "właśnie smażyłam się w solarium". Skóra jest nawilżona, nie przetłuszcza się. Absolutna doskonałość!


Produkt możecie nabyć w Sephorze, kosztuje 119,00 PLN za 100 ml opakowanie. Kosmetyk jest wyjątkowo wydajny, stosuję go ponad miesiąc i mam wrażenie, że... końca nie widać. Biorąc pod uwagę kompleksowe działanie i wspaniały efekt opalający, nie pozostaje mi nic innego jak szczerze polecić każdemu, kto chce, by jego skóra, nawet w zimie, zyskała piękny, zdrowy odcień.







You may also like

Brak komentarzy: